Marzec 68 – Czytajcie „Misia”, on jeszcze nie kłamie!

Adam Michnik, Henryk Szlajfer, Seweryn Blumsztajn, Jacek Kuroń. Z nimi utożsamia się zamieszki z marca 1968 roku wokół Uniwersytetu Warszawskiego. Ich wersja wydarzeń jest na dziś obowiązującą. A może posłuchajmy dla odmiany wspomnień o tamtych dniach polskiego studenta… Stanisław Remuszko, wpis na blogu z 2008 roku.

Ja w ogóle myślę sobie, że ta moda na absolutne negowanie społecznego życia w latach PRL – kiedyś minie i będzie normalność. Dziś nie można napisać wspomnienia o du… Maryni bez podkreślenia, że obcowało się z Marynią pod presją otaczającej człowieka zewsząd komuszej totalitarnej rzeczywistości, i nawet orgazmy były mizerne, bo jakież inne mogły być w gospodarce planowej, pod batem cenzury i pałami ZOMO…

W marcu 1968 roku dopiero co skończyłem 20 lat i byłem studentem pierwszego roku astronomii na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego (nr albumu 65660). Naprzód pamiętam zebranie w Sali Dużej Doświadczalnej Instytutu Fizyki na Hożej 69. Na niezwykłym dwupoziomowym parterze mieszkali tam państwo Sołtanowie, legenda twardego antykomunizmu; jako student byłem w jednej grupie z Jędrkiem* (obecnie profesor astrofizyki w CAMK; czasami zjawiali się tam jego starsi bracia – Adam i Wojtek). Na to zebranie przyszło chyba ze dwieście osób, a głównym tematem dyskusji była kwestia strajku solidarnościowego (forma, termin, miejsce i czy w ogóle), poprzez który mieliśmy zaprotestować przeciwko relegowaniu jakiejś dwójki nieznanych studentów (Michnik i Szlajfer, ale wówczas równie dobrze mogli się nazywać Kowalski i Wiśniewski), oraz zdjęciu z afisza mickiewiczowskich „Dziadów”. Dlaczego tych studentów relegowano oraz dlaczego „Dziady” zostały zdjęte – nie bardzo wiedziałem, ale mi się to nie podobało. Nasi półbogowie lali wodę na nasze rozpalone głowy, namawiali nas do pomiarkowania (zdaje mi się, że taki moderacyjny głos zabrali wówczas prof. prof. Pniewski i Skaliński, a także doc. doc. Wróblewski i Zakrzewski – ale nie przysięgnę). Wtedy to właśnie przyłożyłem do późniejszego strajku swoją rękę – mniej więcej tak, jak Franek Dolas wywołał II wojnę światową. Mianowicie w pewnej chwili, gdy argumenty za i przeciw strajkowi zaczęły się powtarzać, wstałem i spytałem, czy podobne zebrania odbywają się teraz na innych wydziałach. Organizatorzy odparli, że tak, a ja zgłosiłem wniosek formalny o zamknięcie dyskusji i przegłosowanie sprawy strajku. Mój wniosek został demokratycznie przyjęty, następnie zaś tak samo demokratycznie przegłosowano, że strajk ma być.

Nazajutrz (?) w Aditorium Maximum, lub w jednej z sal przyległych, odbył się ogólnouniwersytecki wiec, chyba przybyła też delegacja Polibudy, i pamiętam, że poczułem się trochę rozczarowany (może nawet oszukany?), ponieważ oznajmiono, że Wydział Fizyki złożył wniosek o ogłoszenie strajku, i nic, ale to absolutnie nic nie powiedziano o żadnym stanowisku w tej sprawie innych wydziałów. Pamiętam, że w imieniu organizatorów przemawiała dziewczyna, i zdaje mi się, że to była ta sama dziewczyna, która 8 marca wyszła na balkon Pałacu Kazimierzowskiego w składzie paro osobowej delegacji studenckiej negocjującej coś tam z prorektorem Zygmuntem Rybickim (rektorem, Bohdanie, był wtedy Stanisław Turski).

Jeśli prawdziwa byłaby taka kolejność zdarzeń, to powinienem naprzód powiedzieć o tym ósmym marca. Tego dnia mieliśmy wojsko (sławne Studium Wojskowe UW, róg Czerniakowskiej i Szwoleżerów), i ja z tego wojska nawiałem, i pod Pałacem Kazimierzowskim stawiłem się w samo południe, w mundurze, w długim płaszczu z podchorążackimi naszywkami i raportówką. Zebrało się małe kilkaset osób (coś koło 200-300?), były jakieś mowy, zdaje się, że zaśpiewaliśmy „Jeszcze Polska”, z balkonu przemówił prorektor Rybicki i też ktoś z naszej delegacji, może właśnie ta dziewczyna. Gdy tak staliśmy i co pewien czas krzyczeliśmy, nagle ktoś rzucił: „Studenci kucają, studenci kucają!”. Odruchowo kucnąłem, i wtedy niespodzianie ujrzeliśmy kilkudziesięciu Na Pewno Nie Studentów (dorosłych mężczyzn po cywilnemu), którzy przez chwilę wystawali niczym kołki z przykucniętego tłumu, ale po paru sekundach sami też kucnęli. Takiego widoku się nie zapomina!

Po niespełna godzinie, a może i wcześniej, zaczęliśmy się rozchodzić, słyszałem nieprzyjazne prowokacyjne odzywki tych cywilów (ale nie: „studenci do nauki!”, raczej: „łomot takim nierobom spuścić!”, tylko wulgarniejsze), i, idąc jakby od strony BUW, nie wiem czemu zapamiętałem dokładnie, że po prawej stronie drogi wjazdowej stają autokary beżowe marki SAN, i z nich wysypują się grupy ludzi w fufajkach; widok dość osobliwy w tym miejscu. Właśnie mniej więcej na tej wysokości zawisła potem (1990?) brązowa tablica z norwidowskim cytatem: „Nie trzeba kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały…” (najzupełniejszym przypadkiem przechodziłem akurat tamtędy zaraz po wmurowaniu, przy murku stało wiadro z betonem i kielnią, chyba każdy mógł maznąć tą kielnią, więc maznąłem jako żywy świadek „okoliczności” sprzed 22 lat, i ta moja betonowa pacynka pewnie tkwi tam do dzisiaj).

8 marca 1968 roku koło godziny 13:00 przy wyjściu z terenu UW nikt mnie nie zaczepiał, nie było widać żadnej milicji, spokojnie wsiadłem w „144” i dojechałem do rodzinnego domu na Puławskiej, a o milicyjnej szarży i pałowaniu studenckiej braci dowiedziałem się dopiero następnego dnia, i chyba jakoś potem odbyły się zebrania, od których zacząłem niniejszą wspomnieniową relację.

Ze strajku pamiętam przede wszystkim, że nażarłem się szynki jak dotąd chyba nigdy w życiu. Kuta brama od Krakowskiego była zamknięta, i przez nią dziesiątki ludzi podawały nam (należałem do jakieś straży porządkowej) torby z wykwintną żywnością, na pewno była tam szynka, czekolada, pomarańcze i może nawet banany (ale skąd nad Wisłą pomarańcze i banany w marcu 1968? na szczęście nie staliśmy się od tego „bananową młodzieżą”), i nosiliśmy te torby do Aditorium Maximum, i wykładaliśmy jak leci na tym długim stole, i zrobiło się tego tak dużo, że po prostu za dużo, aby zjeść, i wraz z kolegami patrzyliśmy smętnie na tę szynkę, bo nam już się nie mieściła; po strajku parę kanapek z szynką chyba nawet przyniosłem do domu.

Na tym strajku czuliśmy się bardzo słusznymi obrońcami sprawy Wolności i Demokracji, i trochę nawet bohaterami, bo te babcie przy bramie błogosławiły nas, a dziadkowie mówili, że są z nas dumni i żebyśmy się trzymali. Dziś myślę, że te babcie i dziadki to byli po prostu co najwyżej czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie, ale cóż, tak postrzega świat dwudziestolatek. Sam wówczas w ogóle nie piłem jeszcze alkoholu i pewnie również dlatego pamiętam, że przez całą noc nie ujrzałem nikogo na bańce (kojarzy się natychmiast „Człowiek z żelaza” – dwanaście lat później…). Co robiliśmy? Dyskutowaliśmy. Rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym, czyli o Życiu. Czuliśmy się w środku niezwykłej przygody – ale bez żadnej świadomości jakiegoś historycznego momentu. Trochę śpiewaliśmy, trochę słuchaliśmy muzyki – paru kolegów przytargało w plecakach „Tonetki” czy może nawet „Bambino”, inni przynieśli gitary. Prawie wszyscy palili bardzo dużo papierosów. Kto już miał dosyć aktywności – kimał w kącie z plecakiem pod głową.

Kim byli organizatorzy strajku („samozwańczy prowodyrzy studentów – warchołów”) – nie wiem. Wszystko wydawało się jakieś takie naturalne i spontaniczne. Tak jak rezolucje, których wydaliśmy przynajmniej kilka, a gdy dla rozluźnienia nastroju ogłoszono jakiś satyryczny konkurs – wygrała zgrabna porada: „Chcesz obfite mieć polucje – czytaj nasze rezolucje!”.

Te rezolucje, notabene, przepisane na maszynie i ciasno zwinięte, wrzucaliśmy potem jako ulotki do przejeżdżających Krakowskim autobusów. Dziś bym pewno spadł na pysk, ale wówczas ze zręcznością małpy wdrapywaliśmy się na zamkniętą bramę, złaziliśmy po drugiej stronie, potem dwa susy do jezdni, wrzut kilku ulotek do ruszających z przystanku „Jelczów”, i szybki powrót tą samą drogą. Należało się bać, bo „milicja cały czas fotografuje!”. Odnoszę wrażenie, że na szczycie bramy głównej nie było tylu ozdobnych esów floresów co dziś; że byłem w szarozielonym swetrze; że autobusy miały numery „144”, także chyba „125” i „100”, a karteczki wrzucałem przez górne odsunięte szybki; czemu człowiek zapamiętuje takie duperele? Obok, pod samym dachem gmachu Geografii, koledzy-akrobaci wymalowali farbą wielkie (i potem słynne) PRASA KŁAMIE, i oczyma duszy widzę jeszcze gdzieś slogan: „Czytajcie >Misia<, on jeszcze nie kłamie!”, ale chyba nie był wymalowany, bo za długi.

ps Niestety tytułowy Miś, popularne pisemko dziecięce, został zlikwidowany w czerwcu 2010 roku.

About Author /

Start typing and press Enter to search